www.LOMIANKI.INFO – LOMIANKOWSKI INFORMATOR SPOŁECZNO-KULTURALNY

www.LOMIANKI.INFO
ŁOMIANKOWSKI INFORMATOR SPOŁECZNO-BIZNESOWY

Pacjenci

Nie wiem, drodzy Czytelnicy, czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że ciągnący się przez ostatnie kilka tygodni strajk w służbie zdrowia na szczęście nie dotknął w jakiś szczególnie dotkliwy sposób pacjentów z naszej gminy. Warto chyba jednak przez chwilę zastanowić się, czy o medyczne sprawy nie warto zagadnąć naszych polityków i kandydatów na stanowiska samorządowe, których wysyp na pewno w Łomiankach nastąpi w związku ze zbliżającymi się jesiennymi wyborami.

Nie ulega wątpliwości, że gdy zostaniemy zmuszeni być pacjentem, szybko w zaistniałej sytuacji odczujemy dyskomfort. Pomijam w tym miejscu kwestię udania się do apteki i ból głowy przy płatności za leki. Chodzi mi o te wszystkie nieodłącznie związane z procesem leczenia numerki, kolejki, badania, skierowania itd. itp., powodujące zszarganie nerwów i przeświadczenie, że aby się leczyć, trzeba być wyjątkowo zdrowym.

W rzeczy samej nie mam pretensji do lekarzy i innego personelu medycznego, że walczą o wyższe pensje, bo w wielu przypadkach dochody członków tej grupy społecznej w stosunku do ich wiedzy i zaangażowania w leczeniu pacjentów są skandalicznie niskie. Mimo to większość społeczeństwa raczej ich strajków nie popiera, a co więcej, wielu ludzi jest oburzonych, że obietnice znacznych podwyżek pensji i stopniowego wzrostu nakładów na służbę zdrowia do 6% PKB (produktu krajowego brutto) nie zadowoliły organizatorów medycznych protestów. Mnie natomiast martwi, że zarówno w działaniach rządu, jak i strajkujących zagubił się gdzieś interes pacjenta. Nikt mnie przecież nie przekona, że „wpompowanie”” dodatkowych miliardów złotych z naszych podatków w „”chory”” system służby zdrowia usprawni jego działanie. Inspiracją do powyższych uwag był przypadek mojej żony, która nieszczęśliwie na stacji metra na początku maja br. skręciła sobie staw skokowy. Nie od rzeczy podaję termin – majowy, bo właśnie na początku tego miesiąca zmieniono zasady funkcjonowania warszawskich szpitali i przestały działać ostre dyżury. Taką jakoby przemyślaną, a jednak wyjątkowo bezmyślną decyzję włodarze służby zdrowia podjęli jak zawsze pod pozorem dobra pacjenta, ale oczywiście skutek był odwrotny, bo przecież bałagan zrobił się ogromny i było jeszcze trudniej niż zwykle dostać się do lekarza po ratunek.

Żona miała i tak wyjątkowe szczęście, bo już po kilku godzinach była zagipsowana, jak się później okazało bardzo prawidłowo, a na dodatek przepisano jej właściwe zastrzyki. W tym czasie wielu innych pacjentów czekało nadal bezradnie na korytarzu, a poszukiwania odpowiednich lekarzy na oddziałach szpitalnych trwały.

Znacznie gorzej było trzy tygodnie później na zdjęciu gipsu. Drogę do przychodni, zasady stania w kolejkach po kartę oraz kryteria kolejności wejść do gabinetu znali tylko stali bywalcy ortopedii. Sanitariusz zamiatający odpady z rozrywanych opatrunków gipsowych chętnie pogoniłby do tej czynności zbolałych pacjentów, a pan doktor zaś z lubością ćwiczył na nich swoją arogancję. Żona miała znowu szczęście, bo udało mi się uzyskać dzień urlopu, dzięki czemu wydusiłem dla niej tydzień zwolnienia i skierowanie na rehabilitację uszkodzonej kończyny. Reszta pacjentów z niedowierzaniem graniczącym z podziwem patrzyła na takie trofea, a tylko ci najbardziej doświadczeni orzekli, że akurat ten pan doktor nie jest jeszcze najgorszy w tej przychodni.

I oto w tymże maju trafił mi się przypadek z innym pacjentem. Okazało się, że znaleziony przeze mnie w zimie kot ma paskudną ranę na głowie, której nie udaje się wyleczyć, gdyż jej przyczyną jest krwawiący guz. Oczywiście, z teoretycznego punktu widzenia takiego kota powinno się uśpić, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazać np. na remont Centrum Zdrowia Dziecka, o co wielokrotnie apelowała telewizja. Cóż, kot umiał się jednak przymilać, więc nie było przyzwolenia na taki sposób załatwienia sprawy i w rodzinie, i wśród większości znajomych.

Dzięki Internetowi udało się znaleźć klinikę i weterynarza, który podjął się zbadać zaistniały przypadek chorobowy. Diagnoza pani doktor i konsultacje z innym lekarzem potwierdziły najgorsze: guz jest rakiem. Byłem zdumiony podejściem jej i personelu do zwierzęcia, które zachowywało się skandalicznie. Już na początku pomiaru temperatury zaatakowało nas gazami, a gdy to nie pomogło, i termometr nadal tkwił w odbycie, kot zabrudził stół. Ponieważ pani doktor chciała sprawdzić, czy nie ma przerzutów do płuc, bo wtedy próby ratowania kota byłyby bezprzedmiotowe, należało zrobić prześwietlenie klatki piersiowej. Kotu bardzo nie odpowiadało ułożenie na rentgenie, więc zasikał aparat. Ponieważ nie było przerzutów, konieczne były jeszcze zdjęcia głowy, aby upewnić się, czy rak nie uszkodził kości czaszki. To wymagało uśpienia kota, który nie mając innej „”amunicji””, po prostu zwymiotował. Piszę o tym tak naturalistycznie, bo nie chcę nawet myśleć, co by zrobiono w szpitalu publicznym z takim krnąbrnym pacjentem. Tymczasem tu, w klinice zwierzęcej, uznano zachowanie kota za przejaw silnej chęci do życia i wszystko posprzątano bez żadnych pretensji. Co więcej, kotu-znajdzie, a właściwie mnie, jako jego dobroczyńcy, pani dok-tor udzieliła bonifikaty na wydatki związane z jego leczeniem.

Kotu wycięto guz po kilku dniach – nie musiał więc czekać wielu miesięcy, jak przeciętny chory na raka człowiek. Nie wiem, czy kot przeżyje, bo nowotwór może się odnowić, a dziura po nim jest ogromna i młodzi lekarze, adepci weterynarii, dziwili się, jak pani doktor udało się ranę tak skutecznie pozszywać.

Analizując więc powyższe przypadki leczenia człowieka i kota, trzeba postawić pytanie: Jak to się stało, że wypracowano pewne standardy traktowania zwierząt, a ludzki pacjent, któremu potrącili wcześniej wbrew jego woli haracz na służbę zdrowia, nie ma żadnej pewności, czy leczony jest prawidłowo, albo musi się wykłócać o zabiegi, które mu się powinny należeć.Uważam, że los pacjenta ulegnie zmianie dopiero wtedy, gdy zmieni się jego status: z petenta przemieni się w towar i to towar poszukiwany. Może „”towar”” jest słowem niezbyt eleganckim, ale nie sądzę, aby ktoś się za nie na mnie obraził, bo przecież niektórzy przedstawiciele służby zdrowia potrafią dopiec lepiej.

Moim zdaniem, dopóki w systemie opieki zdrowotnej nie zaistnieje prosta zasada: pacjent ma decydować, gdzie i komu zapłaci za usługę medyczną z przynależnej mu puli, na którą powinna wpływać określona, znacząca część jego składki na ubezpieczenie zdrowotne, sytuacja nie poprawi się. Jeżeli do tej puli można by też dokładać pieniądze odliczane od dochodu, to wtedy w systemie pojawiłby się właśnie ów cenny „”towar”” – pacjent dysponujący poważną już „”kasą””. Niewątpliwie taki pacjent byłby zupełnie inaczej traktowany niż obecnie, bo aby go pozyskać, usługodawcy medyczni musieliby toczyć o niego bój, z zaciekłością przynajmniej równą tej, z jaką niektórzy z nich obecnie usiłują się go pozbyć. Obyśmy więc zachorowali dopiero w takich czasach!!!

Jerzy Kostowski

Pacjenci

KOMENTARZE UŻYTKOWNIKÓW LOMIANKI.INFO

Komentarze zamieszczane na portalu są opinią użytkowników.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *